Napisane przez: lpf89 | 15 Maj 2011

Wiosenny kocioł bałkański – część IV

Wiosenny kocioł bałkański, część I
Wiosenny kocioł bałkański, część II
Wiosenny kocioł bałkański, część III

Po opuszczeniu Ulcinja czekała nas długa wycieczka przerywana wizytami w kilku miejscach. Na pierwszy ogień poszło czarnogórskie miasto portowe Kotor, otoczone z 3 stron górami, których krajobraz spowodował iż często mówi się że Zatoka Kotorska nad którą leży miasto jest fiordem.

W mieście mieliśmy czas wolny i dla chętnych wycieczkę jakimiś rekordowymi schodami do resztek twierdzy nad miastem. Ciężkie wchodzenie kosztowało jednak kilka euro więc wybrali tą opcję tylko historycy. My na ciężkich dresach zaczęliśmy zwiedzanie od miejscowych toalet (niezamykające się drzwi zgodnie we wszystkich kabinach), piekarni i restauracji. Dopiero po posiłku wyruszyliśmy “w miasto”. Jako że meteorolog Marcin zapewnił mnie że “jest ciepło” i “nie ma sensu brać kurtki” to poszedłem w krótkim rękawku i gdyby nie szara bluza która dopełniła moją “dresiarskość” to bym chyba przemarzł. Na szczęście nie cierpiałem jedyny bo nasz spec od pogody dopiero po półtorej godziny pożyczył od kogoś długi rękaw.

W Kotorze miała miejsce też wyjazdowa “afera kiblowa”, bowiem nasz pilot któremu warto poświęcić kilka zdań co uczynię za kilka linijek wszedł popędzić ostatnich załatwiających swoje potrzeby. Pech chciał że trafił akurat na rozmowę 2 osób między kabinami na temat czynności którą właśnie wykonywali i wziął te słowa do siebie. Potem wzburzony żalił się że kilka osób z wycieczki “sra na jego starania i apele”.

Pilot był specyficzną osobą. Z góry wiadomo że każdy pilot czy przewodnik jest śmieciem, który dostaje siano po to aby ciągał wycieczkę po różnych nudnych miejscach i pierdolił o nich długie minuty zanudzając grupę jeszcze bardziej. Dlatego nienawiść do niego była już od początku wyjazdu. Z drugiej strony wiadomo że czasem coś ciekawego można wychwycić i czasem pilot powie coś ciekawego i ważnego w kontekście wyjazdu. Nasz pilot był mniej więcej pośrodku. Na początku staraliśmy się go słuchać, oczywiście z umiarem, na koniec wyjazdu dochodziło już do sytuacji kiedy w ramach bojkotu cały tył (90% Wschodo) miał wyłączone głośniki. Na początku wyłączaliśmy głośniki w milczeniu, później mówiąc do siebie “dobra już starczy”, po to by na koniec wyjazdu przy masowym wyłączaniu głośników wręcz wykrzyczeć gromkie “zamknij już tę kurwę!”. Cóż, taki już los przewodników. Summa summarum gadał koleś z sensem, można go było wyłączać, nie naciskał na łażenie razem, można było się odłączać od wycieczki i samemu łazić po odwiedzanych miejscach. Miał jednak kilka wpadek które jako pamiętliwi szydercy z tyłu autobusu mu zapamiętaliśmy. Raz wspomniane nieporozumienie z kibla w Kotorze, dwa – zjebka całej wycieczki, naprawdę emocjonalna, chyba miał gorszy dzień bo nikt nic nie zrobił, nigdzie się nie spóźnił ani nie zgubił a typ spierdolił całą grupę za wszystko i o wszystko. Pamiętam tylko że po tej zjebce nawet historycy wyłączyli głośniki i jechaliśmy przez kilka godzin w totalnej ciszy. Wspaniałe chwile. Trzecia sprawa to już zwała – otóż w opisywany przeze mnie Kotorze przy szybkim wsiadaniu do autobusu nasz bohater zauważył że chyba jeden z dostawców na pobliski targ nie zabrał palety dżemów i zostawił ją na chodniku. Polskim zwyczajem nasz przewodnik mówiąc kolokwialnie zajuchcił całość biorąc to do autobusu i poganiając kierowcę by ruszał. Dostawca pewnie nie wiedział że jego dżemy trafią na polskie stoły, ale nam nie umknął ten niecny postępek i przewodnik stał się ofiarą żartów i drwin. “Przewodnik podziel się dżemem!”, “Przewodnik! Co? Kradzione nie tuczy!”, “Tyle dżemów zajuchciłeś – z nikim się nie podzieliłeś!” – to tylko niektóre z haseł które krążyły w autokarze do końca wyjazdu.

Po brawurowej ucieczce z dżemami z miasta Kotor udaliśmy się do Chorwacji, do turystycznego kurortu – miasta Dubrovnik. Miasteczko z ładnym portem i zabytkowymi murami miejskimi oraz starym miastem na liście UNESCO ewidentnie żyło z turystyki. Ceny 2 lub 3 razy droższe niż wszędzie indziej, wuchta sklepików, stoisk, straganów mimo że do sezonu było jeszcze daleko.

Zwiedzanie murów które można było równie dobrze zobaczyć nie płacąc kosztowało chyba 10 euro. Podarowaliśmy sobie tą atrakcję i podobnie jak w Kotorze podążyliśmy własną ścieżką zwiedzania. Kościół (nasz), stare miasto, lody z automatu (ponoć miejscowa specjalność) od jakiś typów którzy od Polaków brali mniej siana (choć i tak ten luksus kosztował skandaliczne 3 euro), klif i urokliwe miejsca + “ławka w sam raz na jebanie”, ogród przy pałacu rektora uczelni i kafejka internetowa w której za 2 euro przez 15 minut badałem neta bo tego dnia w Poznaniu Lech grał z Legią. Ku swojej uciesze okazało się że niewiele straciłem, głównie w wyniku prewencyjnych i komunistycznych zarazem metod policji na zlecenie rządu, który postanowił karać za wszystko i zabronić wszystkiego tego dnia w okolicach stadionu. Nie pomyślałem nawet że kilka tygodni później będę postrzegał tamten mecz jako jedną z ostatnich chwil wolności na stadionach. Po szybkim załadowaniu wyjechaliśmy z Dubrovnika krętymi drogami na zboczach, które formowały linię brzegową Adriatyku w tym regionie.

Naszym celem był ostatni na tym wyjeździe nocleg w hotelu. Dokładnie w willi “Nova” w jedynym bośniackim przyczółku nad Adriatykiem – mieścinie Neum. Dojechaliśmy tam wieczorem, rozpakowaliśmy się, poszliśmy na zakupy i wróciliśmy do willi. Nie było więc czasu na większe oględziny miejscowości ale na pierwszy rzut oka była taka jak wszystkie nadmorskie kurorty w okolicy. Jedno trzeba przyznać że warunki które mieliśmy były najlepsze z całego wyjazdu. Pech polegał na tym że przebywaliśmy tam najkrócej. Po wielkiej ogarze siebie przyszedł czas na kolację przygotowaną przez Bulaja – miejscowe parówki, musztarda, bułki, ogórki – prawie jak w domu. Przy posiłku spoglądaliśmy na tv – ściągał polską VIVĘ.

Później za inicjatywą niezmordowanych historyków zeszliśmy na dół nieco popić. Ja miałem nawrót zapierdolenia gardła więc ledwo sączyłem 2 piwka i chciałem iść do pokoju. Moją decyzję przyśpieszyli historycy który po odrobinie wina zaczęli zawodzić “O mój Rozmarynie…” i “Przybyli ułani pod okienko…”. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę IWH i mogłem iść spać. Oczywiście po niecałej godzinie do pokoju zwaliła się najebana hałastra której zebrało się na rozkminy o życiu do 4 nad ranem. Wolałem nie zasypiać bo wiem z własnego doświadczenia że taka śpiąca osoba byłaby łatwym celem do różnego rodzaju mniej lub bardziej wybrednych żartów. Oczywiście owocem tego wszystkiego było skrajne niewyspanie rano co było mało optymistyczne bo wsiadając do autokaru właściwie zaczynaliśmy drogę powrotną do domu.

Wyruszaliśmy przed 8 rano, bo ostatnim miejscem które mieliśmy dokładnie obejrzeć były słynne bośniackie miasta, zarzewia wojennych konfliktów – Mostar i stolica Sarajewo. Nie ukrywam że były to moje cele nr 2 po Belgradzie które chciałem zobaczyć na tej wyprawie. Wcześniej jednak musieliśmy przetrwać kilka godzin w autokarze na skrajnym niewyspaniu, zmęczeniu a co niektórzy na ciężkim kacu albo jeszcze na bombie od wczorajszego wieczora.

Wiosenny kocioł bałkański, część V


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.