Wiosenny kocioł bałkański, część I
Wiosenny kocioł bałkański, część II
Ulcinj był miejscem w którym odżyłem. Wszyscy z resztą odżyli. Dopiero wtedy mogliśmy poczuć że jesteśmy na studenckim wyjeździe, gdzieś w dalekim zakątku Europy, mamy totalny luz, czas na zabawę i możemy się zrelaksować i odpoczywać od codziennego, szarego życia. Samo miejsce było wspaniałe i napełniało energią. Znali je Radek i Marcin którzy byli tu kilka miesięcy wcześniej, a my z Arkiem mogliśmy żałować że nie pojechaliśmy.
Miejscowość ogółem niezbyt duża, ewidentnie żyjąca z turystów, położona na skalistym i górzystym brzegu Adriatyku z kilkoma plażami i starówką na wzgórzu wysuniętym w głąb morza. Ogółem przepięknie. Widok miasteczka psuły jedynie liczne minarety, na które jednak można było przymknąć oko zaliczając je do miejscowego folkloru. Powyższa uwaga również odnosi się do napierdalającego o każdej porze muezina.
Dwie noce w Ulciniu mieliśmy spędzić w jednym z dziesiątek pensjonatów położonych niedaleko brzegu. Standard był zadowalający, widok z balkonu wspaniały, jedynym minusem był ciężki do ogarnięcia bojler w łazience ale w końcu się z nim uporaliśmy. Wreszcie można było się porządnie wykąpać, przepakować, wieczorem napić wiedząc że trafi się do wygodnego łóżka a rano będzie można spać do woli. Co do ostatniego to następnego dnia miała odbyć się wycieczka do Albanii, jednak sam pilot wycieczki skazał ją na fakultatywność wyznaczając godzinę wyjazdu na 7:30. Nawet zasypiając na trzeźwo i wcześnie bym o tej godzinie nie wstał. Albanię więc postanowiliśmy odpuścić, czerpaliśmy informację od osób które już były w tym skansenie Europy że niewiele tam można zobaczyć, ponadto jakoś nie było we mnie entuzjazmu do podniecania się i wizytowania muzułmańskiego kraju, który przy poparciu międzynarodowej opinii zabrał serce Serbii.
Jak się okazało następnego dnia wycieczka była najgorszą z całego wyjazdu i raczej o wiele lepiej dzień spędziła grupa która została – dziwnym trafem była to nasza skromna grupka ze Wschodo – która to przez te kilka dni wyrobiła i utrwaliła o sobie opinię – najgłośniejsi, najbardziej jebnięci, spożywający najwięcej wszelkiej maści używek, najbardziej szyderczy i chamscy, ale i też zawsze dobrze zorganizowani, poinformowani co robimy i o której, nikt z naszej grupki się nie zgubił, ani jakoś inaczej nie zajebał.
W każdym razie wracając do pierwszego dnia w Ulciniu – po wielkiej ogarze siebie i rzeczy ruszyliśmy na wstępne oględziny miasteczka, w którym poczułem się już nieco lepiej i postanowiłem zmienić sposób walki z chorobą – definitywnie postanowiłem sukę zapić. I wygrałem. Co prawda puściło dopiero na koniec wyjazdu, ale dzięki temu bawiłem się cały czas jak inni, a gdybym nie pił, nie wariował, nie kąpał się w zimnym morzu, odmawiał tego i owego i leżał w łóżku to nie mógłbym sobie tego darować. Na sam początek nie odmówiłem sobie lokalnego piwka, w cenie mniej więcej złotówki, z dobrym woltażem, o objętości 0,33. Wszyscy zgodnie przyznaliśmy że gdyby takie było w Polsce to dzień w dzień bylibyśmy na bombie. Rano jedno, na uczelnię w plecak 2 (zamiast Kubusia), po uczelni 2, do obiadu jedno, na wieczór 3. Kombinacje można mnożyć. Zaopatrzeni w browar usiedliśmy na wygrzanej od słońca ławce z widokiem na Adriatyk. Dla takiej chwili było warto jechać na cały wyjazd.
Obok nas mogliśmy podziwiać charakterystyczny obrazek, kiedyś nawet uwieczniony w komiksie “Asterix na Korsyce”. Na ławce obok nas siedziało kilku miejscowych seniorów, w Polsce nazywanych popularnie dziadami, a obok ławki szwędały się lub spały znudzone kejtry. Po kilku chwilach jeden z dziadów zaczął nas zagadywać. Kumał mniej lub bardziej 8 języków – począwszy od albańskiego, serbskiego, rosyjskiego po francuski, niemiecki, angielski, polski a na włoskim kończąc. Podjęliśmy rozmowę po angielsku, trzeba zaznaczyć że mówił mega prostym językiem, ale bez zająknięcia, szukania słów, zrozumiale, wyraźnie ale z zabawnym akcentem i twardym “R”. Do tego miał fajnie brzmiący głos, trochę ochrypnięty, typowy dla dziada-znawcy. Ogółem bardzo spoko gadka, mega miły gość, chociaż trudno mu się dziwić by był niemiły dla ludzi dzięki którym on i jego mieścina żyją i się utrzymują.
Po pogaduszce ruszliśmy w poszukiwaniu obiadu. Mimo licznych knajpek mieliśmy spory problem – raz pogodzić wszystkie gusta, a dwa jeszcze nie było sezonu więc nie wszystkie restauracyjki były otwarte. W końcu posililiśmy się lokalną pizzą. Resztę dnia spędziliśmy na szwędaniu się tu i tam i dalszej konsumpcji piwka. W końcu nadeszła 19:30 o której to z inicjatywy historyków mieliśmy spotkać się i zintegrować na tak zwanej “Małej plaży”.
Powoli wszyscy się zbierali, usiedliśmy na czym się dało – kamienie, łódź rybacka, skrzynki od piwa, boje. Mimo że mieliśmy się integrować widać było wyraźny podział w kilku kwestiach. Po pierwsze żarty – ewidentnie poczucie humoru historyków było inne niż nasze i kojarzyło nam się raczej z polasatowskimi gniotami lub marnym kabaretem w TVP. Za to kilka naszych dowcipów mimo iż trochę niepoprawnych politycznie wzbudziło ogólny śmiech. Nieco zażenowany ogólnym poziomem mógł być jeden z naszych wykładowców, ale z czasem chyba też się dobrze bawił. Kolejna różnica to alkohol – historycy gustowali w winkach (tekst klasyk od 7:00) a my raczej w czymś cięższym jak Rakija czy zwykła, pospolita wóda. Co dziwne to oni szybciej zapadali na chorobę filipińską, ale może to sprawa lokalnego mikroklimatu. Po jakimś czasie i kolejnej butli wódki postanowiliśmy opuścić dowcipkujące towarzystwo historyków, szczególnie jak wpadli na pomysł śpiewania piosenek harcerskich i udaliśmy się na melanż do pokoju.
Po kilkunastu minutach w naszym pokoju zgromadziło się bez mała 20 osób. Ciężkie rapy w głośnikach, polana wódka i nasz Wschodopatologiczny humor wystarczyły by bawić się do 4 nad ranem i paść jak zwykle trupem. Zwał i historii jak zwykle było co nie miara, miłosne “włażenie w buciorach w życie”, nasza krucjata detektywistyczna i Arek nachodzący śpiących ludzi: “Kurwa, to nie oni!”, nieprzytomna Młoda, która wstała o 7 na wycieczkę, terror psychiczny dokonany na koledze filozofie przez współlokatorów, zagłuszanie muezina Peją to tylko część z tego co się działo.
Obudziliśmy się koło 10, bez kaca, w ciężko zagnojonym pokoju. Za oknem pogoda nadal wspaniała, także śniadanie na balkonie weszło idealnie. Potem podzieliliśmy się na dwie grupki i ruszyliśmy w części miasta których nie widzieliśmy wczoraj. Wspięliśmy się na słynną starówkę i twierdzę, gdzie poza fotkami i niezłymi widokami oraz cały czas popijanym piwkiem zostaliśmy zaproszeni do restauracji przez sympatycznego, nieco rubasznego i otwartego gospodarza mówiącego całkiem nieźle po polsku. Przed knajpą wystawione miał polskie piwa i wódki, a taras ze stolikami znajdował się na szczycie kilkudziesięciometrowego skalistego brzegu. Miejsce mega urokliwe. Facet ten prowadził restaurację, wiedział o nas wszystko to co powiedzieliśmy facetowi wczoraj na ławce, który to okazał się być jego… bratem. Postawił nam po kieliszku Rakiji i zaczął opowiadać. Potem pochwalił się polskim przewodnikiem po Czarnogórze, gdzie rozdział o Ulciniu pisał on sam. Obiecaliśmy mu wrócić wieczorem na kolację.

Po zejściu z góry dołączyliśmy do reszty, która wylegiwała się na plaży. Tam padły kolejne rekordy spożycia piwek które liczone były już na siatki.
Zaliczyliśmy również ożywczą kąpiel w Adriatyku, miejscowi mieli nas za szaleńców i patrząc na nas zapinali pod szyję kurtki i naciągali mocniej czapki, ale trzeba uczciwie przyznać że było dość chłodno ale nie bardziej niż nieraz nad polskim morzem na przykład w Kołobrzegu. Pod wieczór wybraliśmy się na umówioną kolację.
Cena żarcia była znośna ale był to zdecydowanie nasz najdroższy posiłek na wyjeździe. Trzeba jednak przyznać że było przepysznie i miło. Spędziliśmy tam dobre dwie godziny popijając Rakiję, piwko i szamiąc przyszykowane steki i inne specjały. Do tego zabawiał nas rozmową właściciel, który też puszczał jakieś polskie pląsające nuty. Wróciliśmy do hotelu niemal równo z towarzystwem które wróciło z Albanii. Utwierdziliśmy się w przekonaniu że nie warto było jechać do albańskiej nędzy i udaliśmy się tam gdzie wczoraj – na plażę z tym samym założeniem. Było podobnie z tą różnicą że zwinęliśmy się wcześniej a przez nasz patologiczny pokój przewinęło się jeszcze więcej ludzi.
Pijackich akcji, zwał było oczywiście jeszcze więcej, podobnie jak alkoholu co było mordercze w perspektywie wyjazdu o 8 z Ulcinia w dalszą drogę. Koło 3 nad ranem hit – odwiedził nas nieco wstawiony kierownik wyjazdu z ramienia biura podróży i natknął się na mnie z kieliszkiem w jednej i butelką wódki w drugiej ręce. “Panowie, proszę, bo kierowcy też już chcą wreszcie spać” – zaczął dziarsko, a jedyną odpowiedzią jaka mi przyszła do głowy było znane i lubiane pytanie: ‘To może po kieliszku?”, na co szanowny nasz kierownik odparł: “Nie no ja już nie… Albo dobra, lej!”. No i wychylił z nami 2 kolejki i piwko. Tutaj można jego osobie poświęcić kilka linijek. Otóż był to oficjalny kierownik wyjazdu z ramienia biura podróży, był Serbem z polskimi korzeniami. Na początku braliśmy go za kierowcę, ale ani razu nie usiadł za kółko. Myśleliśmy że to pilot ale pilotem był drugi jegomość z biura. A nasz ziomek od wódki miał po prostu pracę idealną. Jechał z nami, zajmował się gadką z celnikami, właścicielami hoteli i wychodził na stacje paliw po winiety i płacić za paliwo. Poza tym tylko pił. Wspaniała robota. Melanż znów zakończył się około 4.
Rano pakowanie w 5 minut i najcięższa wyprawa z bagażami pod górę na której stał autokar. W autokarze ciężkie zgony i kac. Ulcinj żegnał się z nami chłodną, szarą i deszczową pogodą, jednak zapamiętaliśmy go z jak najlepszej strony. Słońce, wódka, piwko, plaża, Ulcinj!
Wiosenny kocioł bałkański, część IV
Wiosenny kocioł bałkański, część V



