Wiosenny kocioł bałkański, część I
Serbia budziła we mnie największe zainteresowanie spośród wszystkich miejsc które mieliśmy odwiedzić. Powodów wiele – bratni słowiański naród, scena kibicowska, stolica Belgrad i wspólna sprawa. Droga do Belgradu przebiegła spokojnie, jechaliśmy wzdłuż Dunaju mając okazję podziwiać uroki Serbii. Drogi całkiem dobre, lepsze niż w Polsce, a poza tym niemal tak jak u nas. Podobne zabudowania, podobny poziom życia. Belgrad także mógł przypominać polskie miasto pokroju Gdańska. W stolicy Serbii mieliśmy spędzić 9 godzin.
Na pierwszy ogień poszła słynna twierdza Kalemegdan u ujścia Sawy do Dunaju – vlepka Legii, “pedalskie kamienie”, miejscowa żulerka i ładne widoki. Potem udaliśmy się z grupką pasjonatów wojskowości do Muzeum Wojskowego. Przenudne, aczkolwiek bardzo dobrze wyposażone, mnóstwo eksponatów, map, grafik. Mi najbardziej zapadł w pamięć drzeworyt bitwy na Kosowym Polu no i “wrak” amerykańskiego F-117, który okazał się być kawałkiem blachy ze skrzydła zamkniętym w szklanej gablocie. Szału nie było. Po obejrzeniu wszelkich militariów udaliśmy się na zamówiony obiad. Wszyscy poza jednym królem z historii który robił furorę w dziedzinie głupoty na wyjeździe bo do każdej foty rozkładał całkiem profesjonalny statyw do aparatu. Problem tylko w tym, że na ten statyw wkręcał mozolnie zwykłą cyfrówkę. Ponieważ “musiał” uwiecznić jeszcze jeden bojowy pojazd, a ziomki na niego nie poczekały to został sam, z zablokowanym telefonem. Poszedł do konsulatu i stamtąd się dodzwonił do swojej grupy i po kilku straconych godzinach dołączył do reszty.
My tymczasem mieliśmy okazję spróbować miejscowej kuchni. Całkiem niezła papryka i ogórki w octowej zalewie, niezły rosół niestety w mikroskopijnych porcyjkach, prawdziwe frytki z ziemniaków i kotlet z baraniny. Mi smakował średnio, trochę gumowy, ale znaleźli się jego adoratorzy. Do wszystkiego obowiązkowa Rakija, która niestety nie wszystkim przypadła do gustu. Po posiłku ruszyliśmy w miasto.
Naszym celem były oczywiście stadiony dwóch wielkich belgradzkich klubów - Partizana i Crvenej Zvezdy. Spacer był dość długi, jednak mogliśmy dość dokładnie obejrzeć zwykły wizerunek miasta. Potwierdziła się teza o podobieństwie do polskich miast. W końcu naszym oczom ukazały się areny zmagań lokalnych klubów, bohaterów “Wiecznych derbów”. Położone niczym w Krakowie stadiony Cracovii i Wisły niemal obok siebie. Po drodze na stadion wuchta miejscowego penerstwa, być może to już moje kibicowskie przewrażliwienie ale czuło się non stop czyiś wzrok na plecach. Załapaliśmy się nawet na małą spinkę z lokalsami – otóż jedna z koleżanek które do nas dołączyły zapragnęła zabrać do domu całkiem fajny graficznie plakat informujący o wiecu w sprawie Kosowa. Po krótkiej gadce udało się wyjaśnić wszystkie nieporozumienia i koleżanka mogła nawet zatrzymać sobie słuszny przecież plakat.
Najpierw udaliśmy się na stadion Crvenej. Wejście na tereny okalające stadiony już potwierdzało opinię o słynnych Delije – pomalowane mury, pogięte blaszane płoty, ślady po ewidentnych walkach czy to z psami czy innymi ekipami.
Stadion taki jak w marzeniach, zamieniłbym na niego naszą supernowoczesną arenę z Bułgarskiej i jeszcze dopłacił. Dookoła nad bramami wejściowymi wspaniałe grafy. Robiło to ogromne wrażenie szczególnie w czasie gdy nasza kibicowska potęga w kraju powoli pęka i pada pod naporem zmasowanego ataku psiarni i mediów. Niestety nie udało się wejść na murawę, ale sam widok przez kraty na trybuny i napis z krzesełek “Делије” robił wrażenie.
Po sesjach fotograficznych i ogólnych oględzinach stadionu udaliśmy się do lokalnego rywala. Okolica robiła się coraz mniej ciekawa, ciężkie bloki, slumsy i zapadający zmrok. Stadion Partizana z zewnątrz wydawał się groźniejszy i bardziej zaniedbany. Szary, nieoświetlony. Wiedziony kibicowskim zmysłem dostawania się na stadiony w celu ich zwiedzenia poprowadziłem naszą grupkę do wejścia do klubu. Wcześniej obchodząc obiekt przez okna mogliśmy podziwiać trening bokserski w sali gimnastycznej wbudowanej w stadion. Gabaryty i ubiór trenujących sugerowały jednoznacznie że byli to słynni “Grobari”. Po krótkiej gadce w klubie mogliśmy wejść na murawę. Stadion niby zaniedbany i stary ale i tak milion razy lepszy niż to co nam postawili w Poznaniu. Po kolejnej porcji fotek ruszyliśmy z powrotem w kierunku centrum.
Po drodze obczailiśmy jeszcze Cerkiew świętego Sawy, czyli jedną z największych cerkwi świata. Pozostał nam widok z zewnątrz bo wewnątrz trwa remont. Później zajrzeliśmy do Mc Donald’s racząc się wreszcie swojskim żarciem. W środku na telebimach zamiast jakiś gówien jak u nas leciała po prostu Liga Mistrzów. Zajadając kotlety z psów mogliśmy podziwiać awans Schalke do półfinału. Potem kupiliśmy 2 litry Rakiji i udaliśmy się zmęczeni całodniowym lataniem na dworzec kolejowy czyli nasze miejsce zbiórki.
Po drodze widzieliśmy parlament i miejski ratusz oraz z powodu naszego kolegi który zgubił się w Budapeszcie zaliczamy spinkę z serbskimi służbami specjalnymi tudzież ichniejszą odmianą BOR, którym nie spodobało się że nasz kolega filozof robi fotki ich aut. Po skasowaniu spornego materiału mogliśmy iść dalej. Po drodze mogliśmy jeszcze zobaczyć kilka zbombardowanych budynków w zbrodniczych nalotach NATO z 1999 roku.
W końcu naszym oczom ukazał się budynek stacji kolejowej. Dworzec mimo że Centralny to był rozmiarów naszego poznańskiego Dworca Zachodniego. Do tego obrazek znany z Ukrainy – wuchta szwędających się, wygłodniałych kejtrów. Czekaliśmy w poczekalni oczywiście zabijając czas żartami, zwałami i rozkminkami na temat tego co widzieliśmy. W końcu po długim oczekiwaniu podjechał nasz zacny autokar i udaliśmy się w całonocną drogę do Czarnogóry. Po skosztowaniu a właściwie wchłonięciu litra Rakiji która kiedy jest ciepła wchodzi mocno średnio (jeden z nas zdecydował się na drinki i jeszcze musiał je popijać:)) Po opróżnieniu butelki miejscowego trunku, kilku rapach z głośników, rozkminkach, małym darciu ryja padliśmy wreszcie spać.
Obudził nas celnik na granicy z Czarnogórą zasypanej… śniegiem.
Byliśmy mega wysoko w górach, autokar podążał krętymi serpentynami a za oknami mogliśmy podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Po zjechaniu nieco niżej zrobiliśmy mały postój przy jakimś chramie położonym przy trasie na zboczu góry. Wyszedłem na powietrze – typowo górskie, czyste i mroźne i niczym ręką odjął ból gardła znacznie zmalał, kaszel zniknął i ogólny stan mojego zdrowia wreszcie znacznie się poprawił. Po ogarnięciu miejscowego kibla który interesował mnie bardziej niż chram i przypomnieniu sobie ukraińskiego zaplecza sanitarnego mogliśmy ruszać w dalszą trasę. Naszym celem była czarnogórska perła turystyczna – Ulcinj, dobrze znany 2 z naszej ekipy. Zjeżdżaliśmy z gór stopniowo wjeżdżając w piękną słoneczną i upalną wręcz pogodę. Widoki nadal trzymały w napięciu i wprawiały w podziw. Przejechaliśmy przez Podgoricę – stolicę tego państewka, która absolutnie nie robiła szału. Szał robiły za to miejscowości położone już nad Adriatykiem. Górzysty brzeg, skaliste szczyty oblepione domami i niestety minaretami robiły jednak spore wrażenie.
W końcu dojechaliśmy do Ulcinja. Wspaniała pogoda, tropikalne palmy, cisza, spokój i nagły przypływ energii i humoru miały stać się na najbliższe dwa dni normą. Ulcinj był absolutnym hitem wyjazdu i na pewno będę długo wspominał to magiczne miejsce.
Wiosenny kocioł bałkański, część III
Wiosenny kocioł bałkański, część IV
Wiosenny kocioł bałkański, część V





