Od trzech lat jakoś tak się składa że kilka/kilkanaście wiosennych dni spędzam poza granicami kraju na wyjeździe w jakieś jak dotąd hardkorowe miejsce. We wspaniałym 2009 roku był to legendarny wypad na Krym i do Kijowa, rok później mroczna misja Charków, zaś w tym roku los rzucił mnie na Bałkany.
Uczucia miałem mieszane. Wyjazd organizowany przez historyków z wojskowości i specjalności historia nauczycielska, czyli nie generalizując i krzywdząc nikogo raczej “cyrkli” niż “gitów”. Za przykład potwierdzający ten krzywdzący sąd podam że rok temu z wypadu właśnie na Bałkany, owi historycy przywieźli cały luk bagażowy wypchany niewypałami, starymi pociskami i minami przeciwpiechotnymi. Co kto lubi. Na szczęście z powodu buntu kierowców w tym roku przewożenie podobnych “pamiątek” zostało zabronione. Opinia częściowo potwierdziła się także na spotkaniu organizacyjnym – jednym z wielu i takim które formalnie (poza tym że jedziemy na Bałkany) nic nie wyjaśniało. Spotkaniu na które wybrałem się opierdolony prawie na zero w Babilonie i na dodatek zlany wodą, więc w zastępczych, krótkich spodenkach marki adidas na piłkę i bluzie Lonsdale. Wyglądałem jak ełkaesiak z Polesia idący na derby Łodzi a nie studenciak ze Wschodo, a wszystko dzięki wspaniałym żartom najlepszych ziomków
Na spotkaniu kilka osób na ciężkim milczeniu ale też jak zwykle kilka króli i “dusz towarzystwa” próbujących za wszelką cenę błysnąć. Ogółem ciężka żenada i poczucie humoru rodem z polsatowskich “Miodowych Lat”. Poza tym wyjazd na naszym swojskim Wschodo ogarniał dobrze wszystkim znany lokalny raper i bard wągrowieckiego podziemia. Przy całej sympatii i dobrych intencjach przy organizacji takiego wyjazdu nie można było być niczego pewnym. Wątpliwości budził też sam plan wyjazdu – 8 dni, kilkanaście razy przekraczane granice, 7 państw, 4 noclegi w hotelowym łóżku, 3 w autobusie, ambitny plan zwiedzania i skrajna dezinformacja i brak ogary. Z drugiej strony lepszy taki wyjazd na małej improwizacji i przygodzie niż “zaplanowana wycieczka all inclusive i to pierdolone ciepłe piwo“.
Lekiem na wszystko okazał się skład. 4 osoby z IWH, do tego przedstawiciel ostatniego roku Wschodo, krymski weteran, a przede wszystkim dawny patolog z wyjazdów na mecze. Do tego kilka osób z roku może mniej transparentnych ale wspierających wschodnią siłę i można było ruszać w trasę. Dzięki wyjazdowemu doświadczeniu ogarnęliśmy od razu tył autobusu na cały wyjazd, jeszcze na Wildzie z głośników popłynęła swojska, poznańska nuta, hymn wyjazdu i wiosny 2011 “Kto ma renomę?”, rozlano Rudą, czyli tradycyjnego sponsora wyjazdu i stało się wiadomym wszem i wobec kto będzie miał renomę na tym wyjeździe. Oczywiście jako że wyjazd był autokarowy, to na nogach zagościły szare dresiwa, rodem z łódzkich ulic, a w jednym przypadku klapki rodem z krakowskiej, pasiastej Nowej Huty
Po dokupieniu kolejnych litrów Rudej, zutylizowaniu drogą powietrzną innych wyjazdowych smakołyków weszliśmy na stałe w wyjazdowy patologiczny rytm. Taki stan trwał przez kolejne 8 dni, skończyć się miał na ostatnim kieliszku Rudej dopiero pod Środą Wielkopolską w następny poniedziałek, późną nocą kiedy kończyła se droga powrotna. O pijackich incydentach, zwałach, akcjach, promocji kubków w słowackiej knajpie, częstowaniu kotletem przez Radzia kolegów z historii, moim zajechanym gardle i utracie głosu w wyniku obowiązkowego nawijania non stop, bluzgach na stare, wulgaryzmach i ich odmianach, niezliczonych kolejkach wódki, piwkach nie będę się szerzej rozpisywał bo kto nie był, a nas zna to się domyśli, a klimatu i humoru sytuacyjnego i tak opisując te ekscesy wiernie nie oddam.
Pierwszym miejscem które mieliśmy dokładniej zwiedzić była stolica Węgier – Budapeszt. Czekałem z zainteresowaniem na wizytę w stolicy państwa okrzykniętego przez europejską lewacką, tęczową propagandę “europejskim ciemnogrodem”, bo na przykład w polskich mediach głośno było o nieludzkich rządach prawicy w kraju Madziarów, łamaniu praw człowieka, wolności słowa, średniowiecznej konstytucji (którą kilka dni po naszej wizycie uchwalono i przyjęto) i ogólnym prawicowym terrorze który za sprawą Viktora Orbana i jego partii Fidesz zagościł nad Dunajem. Jest to nie przymierzając taka sytuacja polityczna jakby w Polsce większość w parlamencie uzyskało Prawo i Sprawiedliwość i dajmy na to miało jednocześnie przychylnego prezydenta. Oczywiście mowa o prawicowych posunięciach z punktu widzenia obyczajowego, społecznego i historycznego. Na Węgrzech można by się jeszcze doszukać małej domieszki teorii ekonomicznych JKM, co u nas w połączeniu z PiSem byłoby karkołomne i niemożliwe. Szczerze powiem że wizja polityczna przedstawiona przeze mnie powyżej byłaby moim najskrytszym marzeniem odnośnie teraźniejszości naszej ojczyzny i głęboko liczę że po nadchodzącym, jesiennym triumfie lewaczków Napieralskiego i resztkach poparcia Platfusów oraz po 4 latach ich ostatecznie kompromitujących rządów w 2015 nastanie upragniona, najjaśniejsza Rzeczpospolita. Już nie ta legendarna, obśmiewana przez wrogie media ani ta mityczna IV RP obecna w umysłach, ale ta prawdziwa zwiastująca wreszcie wolną Polskę. Po chwili politycznego rozmarzenia czas jednak wrócić do Budapesztu.
Miasto raczej normalne, jak jakieś większe polskie, Wrocław czy inny Gdańsk. Normalne sklepy, ruch na ulicach, samochody, wszystko podobne lub takie samo, jakoś nie widać w życiu codziennym zakucia w prawicowe kajdany o którym krzyczą różnorakie media lub służalcze organizacje pokroju Amnesty International. Ale podobno za rządów PiS też w Polsce rozstrzeliwano ludzi za poglądy. Dość już jednak o polityce. Trwał wyjazd, melanż, zabawa i nie w głowie mi było politykowanie. Pierwsze chwile w Budapeszcie, zaraz po 7 rano były dość ciężkie – szybka ogara na kacu i “połamaniu” od spania wykrzywionym na autokarowym fotelu, wysiadka z autobusu i nagle ruch uliczny, budzące się do życia miasto, środkowoeuropejska stolica.
O zwiedzaniu wiele nie napiszę, dobrze że było bo coś przynajmniej się widziało, ale w przeważającej części miałem głęboko wysrane co oglądam i co pierdolił na temat oglądanego miejsca jakiś najęty opowiadacz, zwany przewodnikiem czy też pilotem. Budapeszt ogólnie jednak na duży plus, trzeba przyznać rację legijnemu raperowi który w wyjazdowym kawałku nawijał: Parlament jak zamek z Dunajem tworzy panoramę, chodzę, podziwiam, śmieję się bo w bani mam zamotkę – przez piękno miasta i przez lokalne białe półsłodkie. My akurat zamotkę mieliśmy przez polską wódkę i ewentualnie lokalne piwo, które cedziłem powoli bo każdy łyk przyprawiał mnie o niewyobrażalny ból zapierdolonego gardła. 9 godzin włóczęgi po stolicy Węgier wystarczyło by przejechać się lokalnym metrem, wejść na wzgórze Gellerda, zobaczyć parlament, rzecz jasna Dunaj, zjeść lokalne jadło, załapać spinkę z jakimś miejscowym, skręcać w boczne uliczki z obawy przed lokalną psiarnią, wypić kilka piwek i wyśmiać lokalną walutę – forinty, zwane też od mordy wąsacza z banknotu o nominale ’500′ “Kniaziami” lub też “Ciężkimi Kniaziami”. Waluta była przez nas z początku całkiem nieświadomie traktowana niczym śmieć, a sytuacyjny humor i obecny nasz stan sprawił iż ów “Kniaź” stał się groteskowym symbolem “śmieciowatości” forintów i był głównym celem naszej pogardy. Ale jak mogło być inaczej skoro za bilet na metro płaciliśmy 400 forintów, a za piwo 0,3 litra prawie 200? Naprawdę można było poczuć się jak w Polsce w czasach naszego wczesnego dzieciństwa, gdy szalała inflacja i kiedy w momencie dominacji miliony stawały się groszami.
W Budapeszcie miał miejsce również pierwszy fail wyjazdu – zgubił się nasz nowy kolega na Wschodo, znany filozof, noszący podobne nazwisko co popularny biznesmen o niejasnych powiązaniach, określany także mianem głównego lobbysty polskiej lewicy. Na początku było śmiesznie, ale z czasem do każdego zaczęła docierać myśl że zaraz ruszymy na poszukiwania naszego bohatera – wszak język węgierski stanowił barierę nie do przebycia (znaliśmy nazwy klubów oraz znaliśmy 2 słówka – błoto i niedźwiedź co nie byłoby chyba w tym przypadku pomocne), napisów w innych językach praktycznie nie było, jedynym środkiem komunikacji nam znanym, którym jechaliśmy było metro, także okraszone tyko węgierskim dialektem. Na dodatek nasz as był sam. Na jego usprawiedliwienie można zapisać argument, że samemu w tym mieście zgubiłoby się dobre 90% z uczestników wyjazdu. Po 30 minutach nerwowego oczekiwania i telefonów wykonywanych do Polski, na nasz Instytut (dziwnym trafem nikt nie miał numeru do bohatera pierwszego wyjazdowego zapierdolenia się) udało się znaleźć numer do niego i po chwili ukazał się on naszym oczom. Nie muszę chyba dodawać że do końca wyjazdu ów incydent powracał w niekończących się żartach i aluzjach przy każdej, nadarzającej się okazji.
Z Budapesztu udaliśmy się w kierunku Serbii i późnym wieczorem, już na granicy węgiersko – serbskiej miała miejsce druga krzywa akcja wyjazdu. Tym razem dużo poważniejsza. Otóż fail zaliczyła jedna z 5 koleżanek z historii, która w Budapeszcie w zdecydowany sposób wyraziła w moim i Radka kierunku że nie do końca podoba jej się twórczość Ryszarda Andrzejewskiego znanego pod poznańskim pseudonimem “Peja”, który gościł w naszych głośnikach w autokarze oraz wyraziła głośno dezaprobatę dla całonocnego darcia ryja, głośnych rozmów, śmiechów i werbalnych, donośnych apeli formułowanego przez nas do całego autokaru jak na przykład: “Nie ma spania na wyjazdach!”. Na granicy okazało się że owa koleżanka zgubiła portfel, w którym prócz wszystkich ważnych dokumentów i kasy miała również dokument dodatkowy, ale niezbędny na ten wyjazd – paszport. Po godzinnym postoju, poszukiwaniach, rozkminkach i zrzutce średnio przez nas zapoznana koleżanka zniknęła w strażniczej budce, węgierskiej służby celnej, po czym powróciła do naszej ojczyzny pociągiem. Miała podobno różne przygody – nie mogła znaleźć noclegu bo nie miała dokumentów, w końcu podwiózł ją do dobregojakiegoś hotelu uczynny taksówkarz, który wziął nocleg na swoje dane. Pomógł jej też jakiś tubylec oferując pokserowane mapy. Kolejnego dnia dotarła na dworzec kolejowy w Budapeszcie i wróciła do Polski. Mały dramat i żal dziewczyny, jednak znów chyba nie muszę dodawać że w naszym wyjazdowym, wesołym nastroju niezbyt długo wytrzymaliśmy od trzeba przyznać inteligentnych, celnych i przesyconych aluzjami żartów i tekstów na temat zaistniałej sytuacji. Takie z nas po prostu chamy, szydercy i prostaki. Niczym legendarni Stalter&Waldorf.
Serbię powitaliśmy więc późną nocą, lądując w mieścinie Novy Sad, gdzie mieliśmy drugi nocleg wyjazdu, a pierwszy w hotelowym łóżku. Pokoje całkiem przyjemne, ale hotel ogólnie ciężka komuna zaadaptowana na nasze czasy. Komuna nie tylko w wyglądzie ale też w obsłudze. Ogólna ogara, moja ogara gardła i atakowanie go wszelkimi lekami dostępnymi na rynku, końcówka ćwierćfinału Ligi Mistrzów w lokalnej stacji, wreszcie integracyjne spotkanie w jednym z pokoi. Kilka piwek, wąsów, zwały z serbskiej telewizji i wreszcie padliśmy spać. Obudził mnie przekurewski ból gardła, szarobure niebo, przelotny deszcz za oknem i parszywa miętowa herbata z baru za 1 euro, bo nie mieli choćby normalnego Earl Greya o luksusie czyli wymarzonej karmelowej Dilmah w ogóle nie wspominając. Po szybkiej ogarze i pakowaniu ruszyliśmy w drogę do serbskiej stolicy – Belgradu.
Wiosenny kocioł bałkański, część II
Wiosenny kocioł bałkański, część III
Wiosenny kocioł bałkański, część IV
Wiosenny kocioł bałkański, część V



